4 miesiące temu

Piękno, które niosło śmierć! Zabójcza moda

W obecnych czasach bardzo popularne jest upublicznianie swojego wizerunku. Jak przysłowiowe grzyby po deszczu, każdego dnia pojawiają się nowe żywe Barbie i wiele innych ciekawych przypadków. Na portalach społecznościowych twarze są niemal identyczne, gdyż zafascynowani fani, chcąc upodobnić się do swoich idoli, kopiują ich i tworzą armię sobowtórów. Czy jest to jednak znak naszych czasów? Nie. Moda i dążenie do narzuconych ideałów fascynowały ludzi od zawsze, do tego stopnia, że potrafili oni ryzykować własne życie lub zdrowie w imię piękna. Zabójczego piękna!

Od wieków wymarzonym kształtem kobiecej sylwetki jest klepsydra. Kobiety przez setki lat robiły wszystko, aby talia była wąska jak u osy, co dodatkowo miało podkreślać pozostałe żeńskie krągłości. Kobiety były w stanie poświęcić naprawdę wiele w wyścigu o najwęższą talię. Mówi się, że słynna Sissi, Cesarzowa Austrii i Królowa Węgier, przy wzroście 172 cm mierzyła w talii zaledwie osiemnaście cali, czyli niespełna pięćdziesiąt centymetrów, a od mocnego ściskania się gorsetem uszkodziła nerwy do tego stopnia, że gdy zaatakował ją Luigi Lucheni, nie poczuła pchnięcia pilnikiem, które zadał morderca.

Gorsety były skrajnie niebezpieczne i przyczyniały się do wielu chorób, poronień, a nawet śmierci. Pod wpływem regularnego noszenia gorsetów, narządy wewnętrzne nie mając wystarczająco miejsca, przemieszczały się i zmieniały kształt, co upośledzało ich funkcjonowanie. Poza tym ściśnięte płuca i przepona, utrudniały oddychanie, przez co często dochodziło do omdleń, a kobiety były zwyczajnie niedotlenione. Gorsety źle wpływały także na mięśnie przykręgosłupowe, co skutkowało tym, że kobiety zachodząc w ciążę, niemalże od początku cierpiały na ogromne bóle pleców. Dlatego też opracowano gorset dla ciężarnych, który był usztywniony na plecach i bokach, a z przodu miał wszyty miękki, materiałowy klin. Niektóre przezorne matki, chcąc przysłużyć się swoim córkom, zakładały gorsety już nawet pięcioletnim dziewczynkom. Jednakże najbardziej zaskakującym sposobem na utrzymanie szczupłej sylwetki, było spożywanie jaj tasiemca. Ta skrajnie nieodpowiedzialna metoda, prowadząca do wycieńczenia organizmu, która nie dodawała, a wręcz ujmowała urody,mimo ostrzeżeń lekarzy, stosowana jest przez zdesperowane kobiety do dziś.


Mogłoby się wydawać, że operacje usuwania żeber to wymysł XX wiecznej chirurgii plastycznej. Nic bardziej mylnego. Pierwsze operacje usuwania żeber miały miejsce w XIX wieku. Kobiety epoki wiktoriańskiej zwykle kazały wycinać sobie żebra wolne, czyli dwie ostatnie pary. Z czasem, gdy panie nabrały więcej odwagi, coraz częściej decydowały się na usunięcie dziesiątej pary żeber, mimo iż było to skrajnie niebezpieczne. Jak wszystko w naszym ciele, żebra również spełniają ważne funkcje. To właśnie żebra wolne, chronią nasze narządy wewnętrzne jak śledziona, wątroba, czy część żołądka. Mało tego, wycinanie żeber wcale nie było do końca upiększające. Operacje przeprowadzane były źle i pozostawiały po sobie brzydkie zrosty i blizny, które w rezultacie oszpecały pożądaną w tamtych czasach alabastrową i delikatną skórę.

Dla podkreślenia wąskiej talii, kobiety dodatkowo starały się nadać obfitości w dolnych partiach ciała. Oczywiście, dopasowane spódnice, czy spodnie absolutnie nie wchodziły w grę, więc w okolicach bioder dodawano sobie centymetrów wielowarstwowymi spódnicami, a także krynoliną – ogromną, kilkunastokilogramową konstrukcją, na którą zakładano wielowarstwowe spódnice. Krynoliny opierające się na biodrach kobiety, często doprowadzały do wybroczyn wokół miednicy, sińców, niedokrwienia, ucisku nerwów. Regularnie noszone, doprowadzały do obniżenia narządów wewnętrznych i mięśni, a także poważnie uszkadzały kręgosłupy oraz stawy. Przez te ciężkie konstrukcje zdecydowanie wzrosła ilość poronień. Poza tym krynolina nie była zbyt praktyczna, gdyż wielokrotnie kobiety zahaczały swoją suknią o wszędobylskie świece, doprowadzając do samopodpalenia. Uratowanie takiej kobiety było zwykle niemożliwe.

Ofiarami zabójczej mody stawali się także ludzie, którzy chcieli urozmaicić swoją garderobę i wystrój domu o najnowsze odcienie zieleni: paryską i Sheelego. W XIX wieku zapanowało istne szaleństwo. Nowe odcienie były prawdziwym powiewem świeżości i każda elegantka marzyła, aby mieć choć jedną taką suknię. Trend był tak silny, że zielone było wszystko – od sukien zaczynając, przez zabawki dla dzieci, aż na zasłonach kończąc. Cóż jednak w tym niebezpiecznego? Aby uzyskać najmodniejsze odcienie zieleni, trzeba było nasączyć tkaniny arszenikiem. W 1890 r., co najmniej 20% towarów garderobianych zawierało arszenik. Nic więc dziwnego, że wiele osób umierało nagle, bez żadnej konkretnej przyczyny. Zielenie dodawano do wszystkiego, łącznie z żywnością. Dopiero po wielu latach powiązano wysoką umieralność ze stosowaniem tych związków chemicznych. Zieleni paryskiej i Sheelego używa się obecnie do walki z insektami, a także do konserwacji drewna.

Spośród trucizn nie tylko arszenik był popularnie stosowany. Dopiero w latach dwudziestych poprzedniego stulecia, zapanowała moda na rumianą, zdrowo opaloną buzię. Wcześniej wyznacznikiem szlachetnej urody, była alabastrowa skóra, natomiast opalenizna cechowała ludzi niższego stanu. Już od starożytności zarówno kobiety, jak i mężczyźni, starali się nadać swojej skórze jak najjaśniejszy odcień. Stosowano różne terapie: kąpiele w oślim mleku, okładanie twarzy plastrami cytryny, czy ogórków zielonych, stosowanie masek ze świeżego aloesu,a także- w czym przodowała Cesarzowa Elżbieta Bawarska- masek z cienko krojonych plastrów cielęciny. Jednak natychmiastowy efekt, można było uzyskać, używając pudru. Do bielenia twarzy przez wieki wymyślano przeróżne specyfiki: puder z kredy, z utartych pereł, czy w przypadku Azji – ryżowy. Jednak w XVIII wieku popularnością zaczął cieszyć się puder z białego ołowiu, który stosowano do bielenia twarzy, a także włosów i peruk. Jedną z czołowych trendsetterek tamtego czasu była Maria Antonina, która na wymyślne koafiury, stroje i makijaże, wydawała krocie. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie ilości metali ciężkich magazynuje przez to w swoim ciele. Kiedy ktoś umierał, nikt nie przypisywał śmierci makijażowi, łatwiej było zrzucić winę choćby na złamane serce czy tęsknotę. Swoją drogą, wielkie i wymyślne peruki, doprowadzały nie dość, że do zwyrodnień odcinka szyjnego kręgosłupa, to także do rozprzestrzeniania się  wszy, które pod sztucznymi włosami, na niemytej skórze, miały doskonałe środowisko do rozwoju, doprowadzając wiele osób do zakażenia takimi chorobami jak choćby tyfus, czy dur brzuszny.


Kolejną pułapką dla modnych dam i ich partnerów były szminki. W czasach starożytnych makijaż był wręcz uwielbiany i do tworzenia używano naturalnych barwników. Z czasem, w okresie średniowiecza, czerwone usta zaczęto uważać za narzędzie diabła, a makijaż był znakiem rozpoznawczym prostytutek. Czerwone usta do łask wróciły w XVII wieku, za sprawą królowej Elżbiety I, która stworzyła swój własny, rozpoznawalny po dziś dzień, styl. To dzięki niej zaczęto produkować karminowe pomady, na bazie pszczelego wosku i cynobru, czyli siarczku rtęci, który jest śmiertelnie niebezpieczny dla naszego zdrowia. Trujące pomadki były również popularnym środkiem do dyskretnego usuwania wrogów. Często mężczyznom podsyłano damy to towarzystwa, aby te w alkowie niczego nieświadome dokonały zamachu. Zdarzały się sytuacje, że kobietom kazano smarować usta trucizną, wcześniej wmawiając im, że to magiczny środek wzmacniający doznania. W trakcie namiętnej nocy, w wyniku spożycia tak zaserwowanej trucizny, kochankowie ginęli. Prawdziwy pocałunek śmierci!


W XIX wieku wśród mężczyzn zapanowała moda na wysokie kołnierzyki. Zakładane pod frak czy surdut sztywne kołnierze, wyglądały jak bardzo eleganckie golfy. Moda boli, więc otarcia były całkowitą normą. Nikt nie spodziewał się jednak, że elegancki dodatek może stać się przyczyną śmierci, na którą szczególnie narażeni byli mężczyźni niestroniący od alkoholu, czy też ci, którzy mieli w nawyku zapadanie w niekontrolowaną drzemkę. Swobodnie opadająca głowa, opierała się o sztywny kołnierz, który odcinał dopływ krwi do tętnicy szyjnej, czego efektem było podduszenie, a następnie udar mózgu.