2 lata temu

Trzy legendy prosto z polskich gór. Znasz je wszystkie?

The_witcher_3-2283563
Wszyscy znają legendy i mity greckie czy rzymskie. Niestety mało kto zna dokładnie polskie podania i opowieści. Poniżej przedstawiono trzy mało znane legendy związane z polskimi górami.

Bies i Czady (legenda bieszczadzka)

bieszczady

Bieszczady

Dawno temu, kiedy kraina gór, lasów i połonin była jeszcze niezamieszkała, władał nią zły Bies. Był podobny do człowieka, choć większy i rogaty. U ramion miał wielkie nietoperzowe skrzydła. Zły był zazdrosny o swoją ziemię i nie chciał z nikim się nią dzielić. Jako absolutny władca nie pozwalał dłużej się zatrzymywać w tych górach ani pasterzom, ani kupcom. Pewnego razu przywędrowało tu z daleka plemię, któremu przewodził młody, silny i mądry San. Dzika kraina spodobała się przybyszom. Postanowili osiąść tu na stałe. Zbudowali chaty i założyli wieś nad największą rzeką.

Bies nie mógł znieść, że zakwitło życie w jego dotychczas bezludnym królestwie – rozgniewany, przeszkadzał przybyszom, jak tylko mógł. Tam, gdzie wykarczowali drzewa, sadził nowe, do zagród z owcami wpuszczał wilki, na poletka napędzał dzikie zwierzęta, aby tratowały zbiory. Ludzie zaczęli narzekać, ale San urzeczony pięknem tej krainy, tak ją pokochał, że postanowił wytrwać i innych zachęcał, by nie uciekali porzucając domy i dobytek. Bies, gdy przekonał się, że nie może tych twardych ludzi pokonać w pojedynkę, stworzył sobie pomocników – Czadów. Wyczarował ich tyle, ile starych drzew w lesie. Były to pokraczne ludziki, ruchliwe, psotne i wesołe – szkodziły ludziom, ile tylko mogły. Na rozkaz Biesa ze złośliwą uciechą rozganiały pasące się na połoninach bydło, tańczyły w zbożu niszcząc wszystko, co było zasiane ludzką ręką. Straszyły dzieci w kołyskach, budziły ludzi spoczywających po ciężkim dniu pracy, dosypywały gospodyniom piasku do zupy, chowały drwalom siekiery. Złośliwe były i przebiegłe, wyliczanie ich „sprawek” mogłoby jeszcze trwać. Życie plemienia stało się jeszcze cięższe. San poprzysiągł, że pokona złe siły.

Pewnego dnia, kiedy w lesie pracował dłużej niż najsilniejsi drwale, po ścięciu starego buka usłyszał krzyk, a potem cichutkie jęki i skargę wydobywającą się spod ciężkiego pnia. Gdy San pochylił się, zauważył pokracznego Czada przywalonego drzewem, proszącego o darowanie życia. Dobry San uwolnił Czada. Wdzięczny za ocalenie duszek wyznał, że on i jego bracia nie lubią czynić zła, ale są do tego zmuszani przez Biesa. Teraz, kiedy przekonał się o wspaniałomyślności ludzi, postanowił nie tylko im nie szkodzić, ale pomagać. Obiecał, że jako najstarszy w rodzie namówi do tego swych braci. Odtąd te małe stworzenia polubiły ludzi i pomagały im, jak tylko umiały. Pilnowały i zabawiały swymi psikusami dzieci, chroniły domy, pokazywały drogę w lesie, rozśmieszały nawet najbardziej nieszczęśliwych, rąbały drzewo do pieca. Ludzie odwdzięczali im się miseczką mleka i dobrym słowem.

Bies, źródło: Bestiariusz Słowiański

Bies, źródło: Bestiariusz Słowiański

Sielanka nie trwała długo, bo wnet dowiedział się o sprzeniewierzeniu swych pomocników pan tej ziemi – Zły Bies. Zwołał wszystkie Czady i zapowiedział, że albo będą trzymały z nim, albo je unicestwi tak samo jak je stworzył. Przerażone Czady przybiegły do Sana – chciały żyć, a nie chciały szkodzić ludziom. Podczas długiej narady najstarszych i najmądrzejszych członków plemienia Czady podały sposób, jeden jedyny, przy pomocy którego można zwyciężyć Złego Pana. Pokonać go może najsilniejszy z ludzi i tylko o świcie, kiedy Bies odpina czarodziejskie skrzydła i pozbawiony czarodziejskiej mocy kąpie się w najpłytszym miejscu najszerszej rzeki tej ziemi. Bez skrzydeł nie może czynić czarów, ale i tak jest ponadludzko silny.

San przemyślał radę Czadów i wezwał Biesa na pojedynek o poranku, kiedy czarodziejskie skrzydła leżały na brzegu rzeki. Bies roześmiawszy się złośliwie na widok człowieka z toporem stającego mu naprzeciw, nie próbując nawet sięgać po nietoperzowe skrzydła, ruszył do walki. San i Bies zmagali się od świtu do zmroku. Człowiek słabł coraz bardziej, a Bies zdawał się nie czuć zmęczenia. Na brzegu walkę śledziło całe plemię i wszystkie Czady. Kiedy Bies zrozumiał, że znalazł godnego sobie przeciwnika i przerażony myślą, że może przegrać, spróbował schwycić i przypiąć magiczne skrzydła. Wtedy to stary Czad, odwdzięczając się Sanowi za uratowanie życia, wrzucił je do rzeki. W tym momencie San walczył już ostatkiem sił. Przez czar tkwiący w diabelskich skrzydłach, rzeka zyskała całą moc Biesa. Woda nagle wzburzyła się i zmętniała. Wartki, pienisty nurt porwał obu przeciwników. Zatonął w rozszalałej rzece Bies, który nie umiał pływać, ale i nie uratował się, osłabiony walką, San.

Gdy następnego dnia wody opadły, na dnie rzeki ludzie znaleźli splecione ze sobą w śmiertelnym uścisku dwie postacie. Oddając hołd odwadze i waleczności swego wodza, osadnicy nazwali jego imieniem wielką rzekę. I w ten sposób pozostał – tak jak tego pragnął – dzielny San na ziemi, którą pokochał. Góry, przez które przepływa ta rzeka, nazwali Bies-Czadami, od imienia ich złego władcy i psotnych duszków. Podobno Czady można spotkać tu i dzisiaj, ale rzadziej. Czady czuwają nad pięknem tej polskiej krainy.

 

Liczyrzepa (Legenda Sudecka)

Sudety

Sudety

Bardzo dawno temu, w miejscu dzisiejszego labiryntu skalnego, nazywanego Błędnymi Skałami, wznosiła się potężna, lita góra, zbudowana z piaskowca. Wyróżniała się ze swojego otoczenia wielkością i masywnością, dlatego miejscowi obrali ją sobie na miejsce modlitw i ofiar dla ówczesnych, pogańskich bożków. Schodzili się tu ludzie z wszystkich okolicznych wsi: z Czermnej, Lewina, Radkowa, Nachodu i Polic, aby czcić swych bogów i prosić o pieczę nad rodzinami, domostwami i trzodą.

Pewnego, wiosennego popołudnia, kiedy już łąki przykryła świeża, soczysta trawa, a ze szczytów górskich zniknęła pokrywa śnieżna, tubylcy zebrali się na górze, by złożyć ofiary bóstwom pól i łąk oraz prosić ich o dobre plony i ochronę nad zwierzyną. W pewnej chwili, kiedy kapłan miał już złożyć ofiarę z młodego koźlęcia, a świeże zioła paliły się na ofiarnym kamieniu, zjawił się Duch Gór. Ofiarodawcy nie rozpoznali w pierwszym momencie Liczyrzepy i porosili przybysza o uklęknięcie i oddanie czci bogom. Mężczyzna podszedł do ludzi, ale nie padł na kolana. Kapłan, który rozpoznał Liczyrzepę, zadrwił z niego i lekceważąco odparł, że lud nie odda mu czci, ponieważ nie wierzą już w jego moc, a ich bóstwa są mocarniejsze i zapewnią im lepszą pieczę. Po tych słowach i po tym jak inni poparli duchownego, Liczyrzepa wpadł w szał i rozpętał na szczycie prawdziwą burzę. Góra zatrzęsła się, skały zaczęły pękać, rozwarły się liczne szczeliny, a pyły przysłoniły niebo. Przerażeni ludzie starali się ukryć przed walącymi głazami, część z nich powpadała do nowopowstałych szczelin.

Liczyrzepa

Liczyrzepa


Gdy niebo i ziemia uspokoiły się, oczom ludzi ukazał się nowy widok. Wyrównana dotychczas powierzchnia góry przekształciła się w bezładne rumowisko bloków skalnych, porozdzielanych licznymi szczelinami. Obdarci i poranieni ludzie wydostali się na otwartą przestrzeń. Niestety nie wszyscy zdołali się uwolnić z wąskich szczelin górskich i na zawsze pozostali pogrzebani pod zwałami skał. Wieść o tym wydarzeniu szybko rozniosła się po okolicy i dlatego przez bardzo długi czas unikano tego miejsca, a imię Liczyrzepy wypowiadano z czcią i bojaźnią.

Po wielu latach, kilku okolicznych śmiałków postanowiło zbadać szczyt góry. Nie bacząc na przestrogi i groźby weszli do labiryntu. Widoki jakie tam oglądali zapierały im dech w piersiach. Z jednej strony roztaczała się panorama Sudetów, aż po Śnieżkę, pod którą mieszka sam Liczyrzepa, z drugiej zaś – krajobraz rumowiska, wśród którego można było wyróżnić głazy, swymi kształtami przypominające rozmaite budowle i stwory. Śmiałkowie postanowili dokładnie spenetrować labirynt. Z trudem przeciskali się między głazami, przezornie znacząc drogę. Młodzi z przerażeniem oglądali kryjówki wilków, co spowodowało, że miejsce to jeszcze do niedawna nazywano Wilczymi Dołami. Po długim marszu z radością ujrzeli otwartą przestrzeń. Dziś Błędne Skały udostępnione są turystom.

 

Ziemne duchy z Turbacza (Legenda Beskidzka)

Turbacz

Turbacz


Szedł pewnego razu biedny chłop z Koniny do Nowego Targu. Łatwo się mówi: szedł, ale trudno się idzie, bo między Koniną a Nowym Targiem wznoszą się dwie góry: Mostownica i Turbacz, zwany przez górali Turbacem. Chłop znał jednak drogę, gdyż nie pierwszy raz szedł tędy do miasta. Dzień był jesienny, zimna mgła snuła się po górach i dusiła w gardle, a wiatr przenikał ubranie i mroził ciało.

Na Mostownicy już z daleka ujrzał ognisko. Ucieszył się na ten widok: „Pewnie drwale rozpalili ogień, żeby się zagrzać – pomyślał. – Przysiądę się do nich, pogadam…” A gdy zorientował się, że to nie drwale, było już za późno na ucieczkę. Przy ogniu tłoczyło się stado wilków grzejących sobie łapy. W grupie zwierząt widniała postać wysokiego człowieka, z długą, zupełnie siwą brodą.
Widząc przerażenie chłopa starzec odezwał się dobrotliwie:
– Nie bój się. Jeżeli ci zimno i ty możesz się ogrzać.

Na znak dany przez brodacza wilki rozstąpiły się puszczając chłopa do ognia. Znalazł się w otoczeniu wilczych paszcz, mocnych łap i puszystych ogonów. Ostry zapach zwierząt wiercił w nosie. „No – powiedział sobie chłop w duchu – gdyby się teraz na mnie rzuciły, nie zostawiłyby ani jednej kosteczki na pamiątkę.”

Usiadł przezornie tuż przy starym człowieku, bo widział, że wilki odnoszą się do niego z szacunkiem.
– Dokąd to Bóg prowadzi? – zapytał chłopa starzec.
– Do miasta. Do Nowego Targu.
– A skądżeś ty? Z Niedźwiedzia?
– Nie. Ja z Koniny.
– Aha, z Koniny… Znam, znam… Więc powiadasz, że idziesz do Nowego Targu.
– Tak.
– A jak się zwiesz?
– Tomasz Misiura.
– Bogatyś?
– O, mój jegomościu – zawołał chłop – gdzie ja bogaty!… U nas nie ma bogaczy. Ziemia płonna, kamień na kamieniu, i mało jej. Dzieci głodne, obtargane… Ej, ciężko żyć…
– A chciałbyś ty być bogaty?
– Kto by nie chciał? – zaśmiał się chłop. – Ino że to niełatwa sprawa.
– Ale może być łatwa – powiedział brodacz.
– Ejże…
– Masz wielkie szczęście, żeś mnie spotkał. Nieczęsto się to ludziom zdarza. Znam ja takie miejsce, gdzie leżą pieniądze. Ino się pochylić a zbierać.
– Gadajcie zaraz, mój jegomościu, ka są te pieniądze? – niecierpliwił się chłop. – Kupię za nie przyodziewy w mieście, coby dzieciakom było w zimie ciepło. A babie buty i chustkę na głowe… I cukierków dla dziecek… A jak zostanie, to i dla siebie kożuszek czerwoną skórką wyszywany…

Na myśl o tych wspaniałościach aż się chłopu ciepło we wnętrzu zrobiło. Nawet przestał bać się wilków kłapiących paszczami i spoglądających na niego spode łba.
A stary powiedział:
– Widzę, że dobry z ciebie człowiek, bo naprzód myślisz o dzieciach i żonie, a dopiero potem o sobie. Uważaj więc, co mówię: pójdziesz teraz przez Czoło Turbacza. Jest tam wielki kamień, a na nim wykute znaki…
– No, no…
– Staniesz przy tym kamieniu, twarzą ku północy, i zastukasz weń trzy razy, a potem znowu dwa razy.
Jak się skała odemknie, wejdziesz do środka i pójdziesz prosto przed siebie. A dalej to już będziesz wiedział, co robić.

Podziękował chłop serdecznie staremu człowiekowi, a jako że się już ogrzał, poderwał się od ognia, aby czym prędzej iść na to Czoło Turbacza. W głowie mu się nie chciało pomieścić, że za chwilę będzie bogaczem. Ej, raty, przeraty!… Nakupi dzieciakom moc ładnych rzeczy. I kozik dla Antosia, żeby mógł z jaworowego drzewa foremki na ser wyrzynać, i kwiecistą chustkę dla Tereski, i buciki dla Hanki, żeby jej małe nóżki nie marzyły, gdy idzie paść kozę… I malowanego konisia dla najmłodszej Magdy. A dla żony spódnicę i korale, i płótna na koszule… To się dopiero baba ucieszy!

Wilcze stado rozstąpiło się i Misiura, ile sił w nogach, podążył przez las na bliskie już Czoło Turbacza. Znał dobrze ową skałę ze znakami, gdyż wiele razy obok niej przechodził w drodze do miasta. Gdy ją ujrzał, serce zabiło mu tak mocno, aż rękę do piersi przyłożył, żeby mu z niej nie wyskoczyło. Stanął przy skale, obrócony twarzą ku północy, zastukał wpierw trzy, a po chwili dwa razy – skała rozstąpiła się i chłop wszedł śmiało w ciemny korytarz.

Szedł nim długo, aż dotarł do podziemnego strumienia, nad którym przerzucona była kładka. Na drugim brzegu strumienia korytarz rozszerzał się i zamieniał w grotę rozjaśnioną blaskiem złotych pieniędzy, leżących kopkami, jak kamienie przygotowane do naprawy drogi. Nabrał ich tyle, ile się mogło zmieścić do kieszeni i kapelusza. Obładowany złotem, wrócił tą samą drogą i znów się znalazł na hali. Skała zamknęła się za nim tak, że nie było nawet najmniejszego śladu z niedawnej szczeliny.

Uradowany, jakby go kto na sto koni wsadził, pognał chłopina do Nowego Targu. Teraz szedł w dół, więc iść było mu łatwo, chociaż dźwigał znaczny ciężar. Hej, ale sobie użył Tomasz Misiura na nowotarskim jarmarku! Nakupił tyle rzeczy, że w końcu musiał załadować je do worka. Nie zapomniał ani o żonie, ani o żadnym dziecku. A sobie kupił, co zamierzał: piękny kożuch, naszywany czerwoną i zieloną skórką, kapelusz z muszelkami i mosiężną fajeczkę. Na ostatku wstąpił do karczmy, aby pogadać z ludźmi. Spotkał tu wielu znajomych z Niedźwiedzia, Poręby, Łopusznej, a nawet z Rabki. Ugięty pod ciężarem worka, wracał tą samą drogą do Koniny.

Była już ciemna noc, gdy przechodził obok skały na Czole Turbacza. Tajemniczy kamień jaśniał tak, jakby go kto od wnętrza oświetlał. Tuż obok niego roiło się od małych ludzików, podobnych do dzieci, ale bardzo dziwacznie poubieranych. Ludziki miały na sobie obcisłe porteczki, a na głowach trójrożne czapki. Trzymając się za ręce, tańczyły kołem wśród mokrych traw i śpiewały dziecięcymi głosikami:

jedna portka cerwona,
druga portka zielona,
i copecka na głowie,
tańcujemy se, pankowie…

A gdy śpiewały, to czerwone narośla na ich gardziołkach nadymały się jak indycze korale. Dreszcz zgrozy przeszedł Misiurę na widok igrających ludzików. To były ziemne duchy, które lęgły się na miejscach zwilżonych krwią ludzką. Wiedział o tym, że ich pojawienie się zwiastuje najgorsze klęski: gradobicia, susze, głód, wojny, choroby. Szybko skręcił popod las i przedzierał się między drzewami ku Mostownicy. Biegło za nim ludzikowe śpiewanie:

Hosa, hosa! Hosa, hosa!
Bedzie zytko po pół grosa,
a psenicka po jednemu,
a nie będzie sprzedać komu…

Na mostownickiej polanie nie było już ogniska ani stada grzejących się wilków. Pozostały tylko liczne ślady łap, wyciśnięte na zawilgłym popiele. Misiura wziął się w lewo, zbiegł po kamienistej dróżce w dolinę Potaszni i ścieżką nad potokiem zaszedł do chałupy. Nazajutrz od świtania zabrał się do uszczelnienia domu: szpary poutykał sieczką wymieszaną z glina, w okna wprawił szyby kupione w Mszanie Dolnej, popękany piec wylepił od środka, jak się patrzy, a zgniłe gonty na dachu zastąpił nowymi. Śpieszył się, żeby roboty zakończyć przed zimą.

Dobry był z niego człowiek, więc nie zwlekając ostrzegł wszystkich mieszkańców wsi o spodziewanych nieszczęściach. Jedni wierzyli, inni nie wierzyli. Na wszelki wypadek gromadzili w komorach, co tylko mogło im pomóc do przetrzymania ciężkich czasów; naprawiali chałupy, zwozili drzewo z lasu, szyli ciepłą odzież, chociaż i tak niewiele im z tego przyszło, bo byli biedni, ziarna na chleb mieli mało, a ziemniaki przegniły, gdyż jesień była mokra i zimna. I rzeczywiście – zwaliły się klęski na górską krainę. Naprzód przyszły straszne śniegi, które zasypały całą wieś, aż po same dachy. Potem ścisnęły okrutne mrozy. Drzewa z tych mrozów pękały, a ptaki spadały z nieba całymi chmarami.

Po trudnej do przetrzymania zimie nastąpiły roztopy, a z nimi choroby i głód. Kościelne dzwony nie przestawały jęczeć i zawodzić. Z wiosną za Tatarami wybuchła wojna, a obce wojska, przechodzące przez wieś, dały się jej mieszkańcom we znaki tak, że później na sam widok munduru cała ludność uciekała do lasu. Nastało wreszcie lato. Zboża nawet nieźle obrodziły i chleba było dosyć, ale brakowało ludziom pieniędzy, bo nie było kupców na ziarno. Sprawdziły się słowa ludzikowej piosenki:

…bedzie zytko po pół grosa,
a psenicka po jednemu,
a nie będzie sprzedać komu…

Misiura cały ten ciężki czas pomagał sąsiadom hojną ręką, wiedział bowiem, co to znaczy bieda, choroba i głód. Dziwili się ludzie, skąd u niego komora pełna, a poniektórzy nawet przypuszczali, że musiał znaleźć ukryty w ziemi skarb zbójnicki. Znajdowały się przecież gdzieś w górach przeróżne schowki, chociaż takich, którym się udało je odnaleźć, można było na palcach policzyć. Długo też wspominali ludzie Misiurę, a kiedy umarł, opowiadano dzieciom, jak to pojawiły się kiedyś ziemne duchy i jak Misiura uratował ludzi od głodowej śmierci.

Źródła: www.bajkowyzakatek.eu, „Legendy Polskich Gór”, WAGABUNDA 2004. Szkoła Podstawowa Nr 130 w Łodzi, Wikipedia.pl